Otworzyłam leniwie jedno oko i ujrzałam stojącego w drzwiach Nikkiego. Jego czarne włosy odstawały we wszystkie strony, wyglądał tak, jakby dopiero wyrwał się z czyichś objęć.
- Kash, wstawaj, spóźnisz się do.... tej... no... pracy... - mruknął i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Westchnęłam cicho i przetarłam oczy wierzchem dłoni. Czyli to... TO było snem? Suuuper. Przewróciłam się na drugą stronę, a zawartość żołądka podjechała mi do gardła. Sięgnęłam po stojącą na szafce butelkę wody, zrzucając przy okazji kilka rzeczy. Dźwięk, towarzyszący ich upadaniu, rozległ się dziesięć razy głośniej w mojej głowie. Kac. Upiłam ostrożnie kilka łyków i opadłam na poduszki. Wszystko wokół mnie kręciło się, jak na karuzeli. Przymknęłam oczy, ale niewiele to dało. Próbowałam sobie przypomnieć wczorajszy wieczór. Nic. Zero. Pustka.
- Sixx! - krzyknęłam, zachrypniętym głosem i zaraz tego pożałowałam. Nie, o nie, więcej nie piję. Zapiszę to sobie... nie, wytatuuję! To będzie najlepsze rozwiązanie. Chwilę później, chłopak wszedł do sypialni i rzucił się na łóżko obok mnie. Wtulił twarz w pościel i nie odzywał się. Przewróciłam oczami i szturchnęłam go w ramię.
- Czego chcesz... Na Hendrixa, nawet odpocząć nie mogę w tym piekielnym przybytku... - rzekł stłumionym głosem.
- Eee... bo ten... wiesz, fajnie wczoraj było i...
- No fajnie, fajnie. A zwłaszcza bardzo fajowy jest twój tatuaż - mruknął, wyraźnie rozbawiony. Spojrzałam na niego przerażona i zrzuciłam z siebie kołdrę. Na ramionach i nogach - nic. Podwinęłam bluzkę, tam też czysto. Zsunęłam spodenki.... Na moim biodrze widniały trzy, lecące, czarne ptaki... Ładny, ale do cholery, czemu ja tego nie pamiętam? Przyjrzałam mu się dokładniej. Śliczny. Nawet po pijaku mam świetny gust.
- Ej, a ty skąd wiesz, że go mam? Musiałeś mnie rozebrać, żeby zobaczyć - mruknęłam w stronę Sixxa, marszcząc brwi. To było dobre pytanie.
- Marudzisz - rzucił, nawet na mnie nie spoglądając. Czyli tak.
- A nie wiesz... kto mi go zrobił?
- Spytaj się Rose'a.
- Kogo? - serce zabiło mi mocniej, ale nie dałam tego po sobie poznać. A lekki uśmiech, mimowolnie wpełzający na twarz, zamaskowałam dłonią.
- No nie udawaj, że go nie znasz. Cały wieczór się razem bawiliście - o, tego też nie pamiętam.
- A Sebastian...?
- Bach? Nie, nie widziałem was razem - czyli to jednak był sen. A szkoda, szkoda....
- Czyli mnie obserwowałeś?
- Spóźnisz się do pracy - wydukał.
- Nikuuuuuuś... - szepnęłam, ze śmiechem.
- Czego? - sapnął, przewracając się na plecy. Położyłam się na nim i oparłam głowę o jego klatkę piersiową. - Eeej... złaź, grubasie.
- Skarbie... a czy ty nie jesteś zazdrosny? - rzuciłam, przygryzając wargę.
- Chyba cię Bóg opuścił... złaź ze mnie - z obrażoną miną, zrzucił mnie na podłogę i wstał. Chwiejnym krokiem skierował się do drzwi i wychodząc, rzucił z uśmiechem: - Rose, gdy cię przywiózł, był baaaardzo uradowany i... - lecąca w jego stronę poduszka, skutecznie przerwała jego wypowiedź.
Dobre pół godziny potem, zdecydowałam, że w końcu trzeba wstać, bo David pewnie nie może się mnie doczekać. Trochę się za nim stęskniłam, nie będę kłamać. Widzieliśmy się w końcu jakieś... 10 godzin temu? Bardzo długo, jak na nas. Uśmiechnęłam się mimowolnie na myśl, że niedługo się zobaczymy, desperacko wmawiając sobie, że to nie miłość.
Wzięłam prysznic, który trochę mnie otrzeźwił i założyłam to, co akurat miałam pod ręką. Zeszłam, a raczej przetoczyłam się na dół, usiadłam przy stole w kuchni i położyłam na nim głowę.
- Na kaca najlepsze jest surowe jajko - rzekł ze śmiechem Vince, stając w drzwiach. Po nim też było widać skutki wczorajszej imprezy. Różowa koszulka była mocno postrzępiona, włosy potargane, nie wspominając o wszechobecnym brokacie.
- Wkręcasz mnie, platyno.
- Miałaś tak nie mówić... Była umowa... - stanął za mną i położył mi ręce na talii.
- Nooo spierdalaj.... - nawet nie miałam siły z nim walczyć. - Jak mnie połaskoczesz, to ci przestrzelę ten platynowy łeb - mruknęłam, znacząco kładąc rękę na pokrowcu z pistoletem.
- Jaka groźna, wow, powiało chłodem. Aż okna zamknę - roześmiał się, siadając na przeciwko. O panie, czemu muszę się męczyć z takimi idiotami... - Rose się o ciebie pytał.
- Kto? - nie wierzę. Kolejna osoba o nim napomyka. To się robi dziwne.
- No nie udawaj, cały wieczór się razem bawiliście - z n o w u. Oni się telepatycznie porozumiewają?
- Oh... no, może kojarzę... - Vince posłał w moją stronę triumfujące spojrzenie.
- Mówię ci, coś jest na rzeczy. Rose to nie facet, który ugania się za dziewczynami.... To raczej one, za nim... Nieważne. A ty... musisz nieźle na niego działać. I tu, muszę powiedzieć coś ważnego - położył swoją dłoń na mojej i spojrzał mi głęboko w oczy. - Pamiętajcie o gumkach. Jestem za młody na bycie wujkiem - uśmiech zamarł na jego twarzy, gdy wymierzony w jego stronę kopniak dosięgnął celu.
Pod L.A Police Department zajechałam godzinę później. Nie udało mi się do końca doprowadzić do stanu używalności, ale nie było tragicznie. Wysiadłam z cadillaca i skierowałam się w stronę wydziału zabójstw. Moją uwagę przykuły cztery, czarne samochody, z przyciemnianymi szybami. Hmm... FBI zwykle nie mieszało się do naszych spraw... Pchnęłam drzwi i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wyrosło przede mną dwóch tajniaków.
- Odznaka - powiedział metalicznym głosem jeden z nich.
- Nigdy nie proszono mnie o odznakę - rzuciłam. Co tu się, na Hendrixa, wyprawia?
- Mało nas to obchodzi. Odznaka - musiałam ugryźć się w język. Nie powinnam się im odcinać. Wyciągnęłam z torebki plakietkę i rzuciłam mężczyźnie, stojącemu po mojej prawej stronie. Przeglądał się jej dobre dziesięć minut, a ja z każdą sekundą traciłam cierpliwość.
- Kashmir Jones?
- Tak. Cholera, jest tam napisane. Czytać nie umiesz?
- Andrew Jones jest pani ojcem?
- Taak... - byłam mocno zdenerwowana, ale tym pytaniem zwalczył mój gniew.
- Musi być pani dumna, że ma takiego ojca. To dobry obywatel i przede wszystkim, oddany żołnierz. Mieliśmy z nim wykład.
- Mhm. Racja... - kolana się pode mną ugięły. Gdyby tylko wiedzieli, jaki był naprawdę...
- Widzieliśmy go dziś, prawda, Jake? - niższy z nich zwrócił się do swojego towarzysza.
- No właśnie! Wychodził z wydziału, jakieś dwie godziny temu, zanim zaczęła się cała ta sprawa.... Ech, takie rzeczy w samym sercu budynku...
- Co się stało? - wyszeptałam przerażona. On tu był. Na pewno mnie szukał.
- Szef panią wzywa. A na drugim piętrze... proszę uważać - mruknął, oddając mi dokument. Serce podjechało mi ze strachu do gardła. Nawet myśli o ojcu, ulotniły się ze świadomości... Tam jest nasz gabinet... Nie oglądając się na nich, pobiegłam na górę i skierowałam się w stronę naszego pokoju. Porucznik może zaczekać. Drzwi zagrodził mały tłum. Z rosnącym niepokojem, przepchnęłam się między ludźmi, ale zatrzymała mnie policyjna taśma, uniemożliwiająca wejście. Obok biurka, na podłodze, leżało ciało...
- David... - rozerwałam wstęgę i podbiegłam do chłopaka. Przerażona, dotknęłam palcami jego zakrwawionej szyi, rozpaczliwie próbując wyczuć puls. Na marne.
Czas się zatrzymał.
Świat przestał istnieć.
Dlaczego więc nadal żyję? Dlaczego klęczę przy nim, naiwnie licząc, że to wszystko okaże się kiepskim żartem?
- Skarbie... odezwij się, błagam... - szeptałam desperacko, w nikłym przypływie nadziei. - Proszę... nie możesz mnie zostawić, nie wolno ci... mieliśmy iść na randkę, pamiętasz? Powiedz coś... David... Kocham cię...NIE ZOSTAWIAJ MNIE, SKURWIELU! - krzyknęłam, składając pocałunki na jego zimnej twarzy.
- Kashmir...
- Odejdź... ja... muszę poczekać, aż on się obudzi... - wyszeptałam i łkając, położyłam głowę na klatce piersiowej chłopaka. Nie usłyszałam bicia serca.
- On nie żyje... Kash, chodź ze mną...
Przełknęłam łzy, zanosząc się od płaczu. To niemożliwe. To się nie wydarzyło. Nie mogę go teraz zostawić. Ktoś go zaatakował, ale nic mu nie będzie, wyjdzie z tego... Zaopiekuję się nim, wszystko będzie dobrze... Ktoś złapał mnie mocno za ramiona i odsunął od Davida. Odgarnęłam z twarzy włosy, pobrudzone jego krwią i zobaczyłam wchodzącego do gabinetu O' Donella.
- James... - wymamrotałam, zachrypniętym głosem. - Nic mu nie jest, musisz się nim zająć... On żyje... żyje, prawda?
- Zabierzcie ją stąd - rzucił w odpowiedzi, nawet na mnie nie spoglądając. Co? Dlaczego on nie próbuje go ratować? Dlaczego przykrywa ciało?
- ON ŻYJE! RATUJ GO, POPIERDOLEŃCU! - wydarłam się, próbując wyrwać się ze stalowego ucisku. Chciałam zmusić go do badań. Uderzyć, nawrzeszczeć na niego, cokolwiek, żeby tylko zajął się Davidem!
- Powiedziałem, wyprowadźcie ją stąd, do cholery! - trzymający mnie mężczyzna, szarpnął mnie mocno za ramię i wyprowadził na korytarz. Nie... Ja muszę przy nim zostać... Pchnął mnie na krzesło i wrócił do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Może teraz mu pomogą... Na pewno, nie chcieli by ktoś im przeszkadzał... Podsunęłam kolana pod brodę i objęłam je rękoma. Wpatrywałam się tępym wzrokiem przed siebie, zanosząc się od płaczu. Z każdą sekundą, coraz dobitniej docierała do mnie świadomość tego, co się wydarzyło.Uspokoiłam się, biorąc głęboki oddech. Łzy w końcu wyschły. Straciłam go. Już nigdy nie zobaczę tego uśmiechu, nigdy nie usłyszę tego głosu. Nigdy. Nie czułam już nic. Zamiast serca czułam pustą przestrzeń.
A gdy zza drzwi usłyszałam, "godzina zgonu - dwunasta trzynaście", zdałam sobie sprawę, że dziś umarła część mnie, niemożliwa do odbudowy. Tak jak, nie ma róży bez kolców, uśmiechu bez radości, smutku bez łez - tak nie istnieję ja, bez niego.
----
Przepraszam, że tak krótko, ale musiałam skończyć w tym momencie dla dobra następnego odcinka.
Z góry dziękuuuuuuję za każdy komentarz, bo wszystkie wywołują ogromny uśmiech na mojej twarzy.
Kocham Was :))
- Kash, wstawaj, spóźnisz się do.... tej... no... pracy... - mruknął i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Westchnęłam cicho i przetarłam oczy wierzchem dłoni. Czyli to... TO było snem? Suuuper. Przewróciłam się na drugą stronę, a zawartość żołądka podjechała mi do gardła. Sięgnęłam po stojącą na szafce butelkę wody, zrzucając przy okazji kilka rzeczy. Dźwięk, towarzyszący ich upadaniu, rozległ się dziesięć razy głośniej w mojej głowie. Kac. Upiłam ostrożnie kilka łyków i opadłam na poduszki. Wszystko wokół mnie kręciło się, jak na karuzeli. Przymknęłam oczy, ale niewiele to dało. Próbowałam sobie przypomnieć wczorajszy wieczór. Nic. Zero. Pustka.
- Sixx! - krzyknęłam, zachrypniętym głosem i zaraz tego pożałowałam. Nie, o nie, więcej nie piję. Zapiszę to sobie... nie, wytatuuję! To będzie najlepsze rozwiązanie. Chwilę później, chłopak wszedł do sypialni i rzucił się na łóżko obok mnie. Wtulił twarz w pościel i nie odzywał się. Przewróciłam oczami i szturchnęłam go w ramię.
- Czego chcesz... Na Hendrixa, nawet odpocząć nie mogę w tym piekielnym przybytku... - rzekł stłumionym głosem.
- Eee... bo ten... wiesz, fajnie wczoraj było i...
- No fajnie, fajnie. A zwłaszcza bardzo fajowy jest twój tatuaż - mruknął, wyraźnie rozbawiony. Spojrzałam na niego przerażona i zrzuciłam z siebie kołdrę. Na ramionach i nogach - nic. Podwinęłam bluzkę, tam też czysto. Zsunęłam spodenki.... Na moim biodrze widniały trzy, lecące, czarne ptaki... Ładny, ale do cholery, czemu ja tego nie pamiętam? Przyjrzałam mu się dokładniej. Śliczny. Nawet po pijaku mam świetny gust.
- Ej, a ty skąd wiesz, że go mam? Musiałeś mnie rozebrać, żeby zobaczyć - mruknęłam w stronę Sixxa, marszcząc brwi. To było dobre pytanie.
- Marudzisz - rzucił, nawet na mnie nie spoglądając. Czyli tak.
- A nie wiesz... kto mi go zrobił?
- Spytaj się Rose'a.
- Kogo? - serce zabiło mi mocniej, ale nie dałam tego po sobie poznać. A lekki uśmiech, mimowolnie wpełzający na twarz, zamaskowałam dłonią.
- No nie udawaj, że go nie znasz. Cały wieczór się razem bawiliście - o, tego też nie pamiętam.
- A Sebastian...?
- Bach? Nie, nie widziałem was razem - czyli to jednak był sen. A szkoda, szkoda....
- Czyli mnie obserwowałeś?
- Spóźnisz się do pracy - wydukał.
- Nikuuuuuuś... - szepnęłam, ze śmiechem.
- Czego? - sapnął, przewracając się na plecy. Położyłam się na nim i oparłam głowę o jego klatkę piersiową. - Eeej... złaź, grubasie.
- Skarbie... a czy ty nie jesteś zazdrosny? - rzuciłam, przygryzając wargę.
- Chyba cię Bóg opuścił... złaź ze mnie - z obrażoną miną, zrzucił mnie na podłogę i wstał. Chwiejnym krokiem skierował się do drzwi i wychodząc, rzucił z uśmiechem: - Rose, gdy cię przywiózł, był baaaardzo uradowany i... - lecąca w jego stronę poduszka, skutecznie przerwała jego wypowiedź.
Dobre pół godziny potem, zdecydowałam, że w końcu trzeba wstać, bo David pewnie nie może się mnie doczekać. Trochę się za nim stęskniłam, nie będę kłamać. Widzieliśmy się w końcu jakieś... 10 godzin temu? Bardzo długo, jak na nas. Uśmiechnęłam się mimowolnie na myśl, że niedługo się zobaczymy, desperacko wmawiając sobie, że to nie miłość.
Wzięłam prysznic, który trochę mnie otrzeźwił i założyłam to, co akurat miałam pod ręką. Zeszłam, a raczej przetoczyłam się na dół, usiadłam przy stole w kuchni i położyłam na nim głowę.
- Na kaca najlepsze jest surowe jajko - rzekł ze śmiechem Vince, stając w drzwiach. Po nim też było widać skutki wczorajszej imprezy. Różowa koszulka była mocno postrzępiona, włosy potargane, nie wspominając o wszechobecnym brokacie.
- Wkręcasz mnie, platyno.
- Miałaś tak nie mówić... Była umowa... - stanął za mną i położył mi ręce na talii.
- Nooo spierdalaj.... - nawet nie miałam siły z nim walczyć. - Jak mnie połaskoczesz, to ci przestrzelę ten platynowy łeb - mruknęłam, znacząco kładąc rękę na pokrowcu z pistoletem.
- Jaka groźna, wow, powiało chłodem. Aż okna zamknę - roześmiał się, siadając na przeciwko. O panie, czemu muszę się męczyć z takimi idiotami... - Rose się o ciebie pytał.
- Kto? - nie wierzę. Kolejna osoba o nim napomyka. To się robi dziwne.
- No nie udawaj, cały wieczór się razem bawiliście - z n o w u. Oni się telepatycznie porozumiewają?
- Oh... no, może kojarzę... - Vince posłał w moją stronę triumfujące spojrzenie.
- Mówię ci, coś jest na rzeczy. Rose to nie facet, który ugania się za dziewczynami.... To raczej one, za nim... Nieważne. A ty... musisz nieźle na niego działać. I tu, muszę powiedzieć coś ważnego - położył swoją dłoń na mojej i spojrzał mi głęboko w oczy. - Pamiętajcie o gumkach. Jestem za młody na bycie wujkiem - uśmiech zamarł na jego twarzy, gdy wymierzony w jego stronę kopniak dosięgnął celu.
***
Pod L.A Police Department zajechałam godzinę później. Nie udało mi się do końca doprowadzić do stanu używalności, ale nie było tragicznie. Wysiadłam z cadillaca i skierowałam się w stronę wydziału zabójstw. Moją uwagę przykuły cztery, czarne samochody, z przyciemnianymi szybami. Hmm... FBI zwykle nie mieszało się do naszych spraw... Pchnęłam drzwi i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wyrosło przede mną dwóch tajniaków.
- Odznaka - powiedział metalicznym głosem jeden z nich.
- Nigdy nie proszono mnie o odznakę - rzuciłam. Co tu się, na Hendrixa, wyprawia?
- Mało nas to obchodzi. Odznaka - musiałam ugryźć się w język. Nie powinnam się im odcinać. Wyciągnęłam z torebki plakietkę i rzuciłam mężczyźnie, stojącemu po mojej prawej stronie. Przeglądał się jej dobre dziesięć minut, a ja z każdą sekundą traciłam cierpliwość.
- Kashmir Jones?
- Tak. Cholera, jest tam napisane. Czytać nie umiesz?
- Andrew Jones jest pani ojcem?
- Taak... - byłam mocno zdenerwowana, ale tym pytaniem zwalczył mój gniew.
- Musi być pani dumna, że ma takiego ojca. To dobry obywatel i przede wszystkim, oddany żołnierz. Mieliśmy z nim wykład.
- Mhm. Racja... - kolana się pode mną ugięły. Gdyby tylko wiedzieli, jaki był naprawdę...
- Widzieliśmy go dziś, prawda, Jake? - niższy z nich zwrócił się do swojego towarzysza.
- No właśnie! Wychodził z wydziału, jakieś dwie godziny temu, zanim zaczęła się cała ta sprawa.... Ech, takie rzeczy w samym sercu budynku...
- Co się stało? - wyszeptałam przerażona. On tu był. Na pewno mnie szukał.
- Szef panią wzywa. A na drugim piętrze... proszę uważać - mruknął, oddając mi dokument. Serce podjechało mi ze strachu do gardła. Nawet myśli o ojcu, ulotniły się ze świadomości... Tam jest nasz gabinet... Nie oglądając się na nich, pobiegłam na górę i skierowałam się w stronę naszego pokoju. Porucznik może zaczekać. Drzwi zagrodził mały tłum. Z rosnącym niepokojem, przepchnęłam się między ludźmi, ale zatrzymała mnie policyjna taśma, uniemożliwiająca wejście. Obok biurka, na podłodze, leżało ciało...
- David... - rozerwałam wstęgę i podbiegłam do chłopaka. Przerażona, dotknęłam palcami jego zakrwawionej szyi, rozpaczliwie próbując wyczuć puls. Na marne.
Czas się zatrzymał.
Świat przestał istnieć.
Dlaczego więc nadal żyję? Dlaczego klęczę przy nim, naiwnie licząc, że to wszystko okaże się kiepskim żartem?
- Skarbie... odezwij się, błagam... - szeptałam desperacko, w nikłym przypływie nadziei. - Proszę... nie możesz mnie zostawić, nie wolno ci... mieliśmy iść na randkę, pamiętasz? Powiedz coś... David... Kocham cię...NIE ZOSTAWIAJ MNIE, SKURWIELU! - krzyknęłam, składając pocałunki na jego zimnej twarzy.
- Kashmir...
- Odejdź... ja... muszę poczekać, aż on się obudzi... - wyszeptałam i łkając, położyłam głowę na klatce piersiowej chłopaka. Nie usłyszałam bicia serca.
- On nie żyje... Kash, chodź ze mną...
Przełknęłam łzy, zanosząc się od płaczu. To niemożliwe. To się nie wydarzyło. Nie mogę go teraz zostawić. Ktoś go zaatakował, ale nic mu nie będzie, wyjdzie z tego... Zaopiekuję się nim, wszystko będzie dobrze... Ktoś złapał mnie mocno za ramiona i odsunął od Davida. Odgarnęłam z twarzy włosy, pobrudzone jego krwią i zobaczyłam wchodzącego do gabinetu O' Donella.
- James... - wymamrotałam, zachrypniętym głosem. - Nic mu nie jest, musisz się nim zająć... On żyje... żyje, prawda?
- Zabierzcie ją stąd - rzucił w odpowiedzi, nawet na mnie nie spoglądając. Co? Dlaczego on nie próbuje go ratować? Dlaczego przykrywa ciało?
- ON ŻYJE! RATUJ GO, POPIERDOLEŃCU! - wydarłam się, próbując wyrwać się ze stalowego ucisku. Chciałam zmusić go do badań. Uderzyć, nawrzeszczeć na niego, cokolwiek, żeby tylko zajął się Davidem!
- Powiedziałem, wyprowadźcie ją stąd, do cholery! - trzymający mnie mężczyzna, szarpnął mnie mocno za ramię i wyprowadził na korytarz. Nie... Ja muszę przy nim zostać... Pchnął mnie na krzesło i wrócił do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Może teraz mu pomogą... Na pewno, nie chcieli by ktoś im przeszkadzał... Podsunęłam kolana pod brodę i objęłam je rękoma. Wpatrywałam się tępym wzrokiem przed siebie, zanosząc się od płaczu. Z każdą sekundą, coraz dobitniej docierała do mnie świadomość tego, co się wydarzyło.Uspokoiłam się, biorąc głęboki oddech. Łzy w końcu wyschły. Straciłam go. Już nigdy nie zobaczę tego uśmiechu, nigdy nie usłyszę tego głosu. Nigdy. Nie czułam już nic. Zamiast serca czułam pustą przestrzeń.
A gdy zza drzwi usłyszałam, "godzina zgonu - dwunasta trzynaście", zdałam sobie sprawę, że dziś umarła część mnie, niemożliwa do odbudowy. Tak jak, nie ma róży bez kolców, uśmiechu bez radości, smutku bez łez - tak nie istnieję ja, bez niego.
----
Przepraszam, że tak krótko, ale musiałam skończyć w tym momencie dla dobra następnego odcinka.
Z góry dziękuuuuuuję za każdy komentarz, bo wszystkie wywołują ogromny uśmiech na mojej twarzy.
Kocham Was :))