Obudził mnie uporczywy, pulsujący ból w skroni. Gdy z trudem otworzyłam oczy, pierwsze co ujrzałam to plamy krwi na podłodze. Dźwignęłam się na nogi i oparłam o ścianę, oddychając ciężko. Dotknęłam opuszkami palców rozcięcia na czole, a z ust wymknęło mi się mimowolne jęknięcie. Przerażona powlokłam się do łazienki i to, co zobaczyłam w lustrze przyprawiło mnie o mdłości. Zasinione oko, rozcięta warga, otarcie na policzku i przede wszystkim, biegnąca przez czoło rana i posklejane krwią włosy sprawiały, że wyglądałam jak uchodziec z obozu koncentracyjnego. Rozebrałam się ostrożnie, starając się za wszelką cenę, nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Weszłam pod prysznic i wystawiłam twarz pod strumień zimnej wody, mieszającej się ze łzami, których już nie potrafiłam powstrzymać. Zaczęłam uporczywie szorować całe ciało. Do czerwoności. Do krwi. Żeby tylko pozbyć się śladów, jego dotyku.
Zanosząc się od płaczu, pobita i podrapana, ubrałam się, spakowałam książki do torby i zeszłam na dół. Zegar w kuchni wskazywał 9. 42. Zajrzałam jeszcze po cichu do sypialni ojca. Nie było go. Uśmiechnęłam się ironicznie przez łzy. Albo teraz upija się do nieprzytomności, albo próbuje wymyślić coś, żeby mnie przeprosić. Jak zwykle. Najpierw jestem dla niego suką i dziwką. Widzi we mnie tylko coś, na czym można się wyżyć. A potem przychodzi, prosi o wybaczenie i liczy, że zapomnę. Myli się. Pamiętam każde uderzenie, każdą obelgę, która została skierowana w moją stronę. Łyknęłam dwie tabletki uspokajające i coś przeciwbólowego. Gdy już nerwy opadły, wyszłam z domu, trzaskając drzwiami i wsiadłam do mojego czerwonego cadillaca. Prezent od całej rodziny na osiemnastkę. Droga do Los Angeles zajmowała mi około czterdziestu minut. Może trochę przesadziłam, mówiąc, że mieszkam na przedmieściach, ale lubiłam tak określać moje miasto. Czułam się silnie powiązana z LA. Tam po prostu czułam, że żyję. Nic mnie nie ograniczało, byłam wolna jak ptak. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego 24-letnia dziewczyna, która kończy studia, ma pracę, mieszka ze znęcającym się nad nią ojcem. Odpowiedź jest pozornie prosta - boję się. Dobrze wiem, że gdybym uciekła, on znalazł by mnie i moja przygoda skończyłaby się jeszcze szybciej niż się zaczęła. Wiem o tym z doświadczenia, już raz próbowałam go zostawić... I przez kolejny miesiąc nosiłam rękę w gipsie. Westchnęłam cicho i włączyłam radio, z którego dotarł do mnie niebiański głos Morrisona. Uwielbiałam Doorsów. Współczesna muzyka mnie nie interesowała, totalnie nie trafiali w moje gusta. Kojarzyłam kilka tylko z nazwy... Aerosmith... No i na tym moja wiedza się kończy. Niech sobie grają, ja znacznie bardziej wolę Led Zeppelin, Janis Joplin, The Doors i kilka innych, mało znanych kapel. David mówi, że jestem zacofana. Idiota. O, właśnie, jeszcze Wam nie powiedziałam o Davidzie. Otóż, jest on moim partnerem w wydziale zabójstw Los Angeles. Pracę tam dostałam, zaraz po tym, gdy oddałam moją prace magisterską o psychologii w kryminalistyce. Uznali ją za... hmm, tutaj nie popiszę się skromnością, po prostu genialną i przed ukończeniem studiów wcielili mnie w swoje szeregi. Nie miałam co prawda takich uprawnień jak doświadczeni pracownicy, ale i tak cieszyłam się, że tak szybko mogłam zacząć wykonywać swoją wymarzoną pracę. David Murray został więc moim partnerem, z którym dość szybko się zaprzyjaźniłam, mimo, że doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoimi kretyńskimi komentarzami. Miał 29 lat, był dość przystojnym, wysokim i wysportowanym blondynem o pięknych, błękitnych oczach, sprawiających, że czułam się jakby prześwietlały mnie promienie Roentgena. Pff, ale nie myślcie sobie, że na niego leciałam, co to, to nie. Zatrzymałam się przed budynkiem Los Angeles Police Department w którym znajdowały się inne wydziały, w tym mój: wydział zabójstw. Wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki i wrzuciłam je do torebki. Już miałam wysiąść, gdy przypadkowo ujrzałam swoje odbicie w bocznym lusterku. No, Kash, wymyśl jakieś dobre wytłumaczenie. Ze schodów spadłaś już kilka razy. Odgarnęłam włosy do tyłu, wzdychając cicho. Jechałam Harleyem i wpadłam w poślizg, tak, to jest to. Wysiadłam z auta i skierowałam się do budynku. Było o wysoki, raczej ponury gmach, w którym okna zawsze były pozasłaniane przez grube, przesiąknięte zapachem papierosów zasłony. W drodze do gabinetu, który dzieliłam z Murrayem nie napotkałam nikogo. I całe szczęście. Ale zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, a już usłyszałam:
- Jesteś spóźniona, Kashmir - mruknął chłopak, nie unosząc głowy znad papierów.
- Wiem, miałam mały wypadek... - wybełkotałam i zajęłam miejsce przy swoim biurku.
- Coś poważnego?
- Nie, tylko trochę jestem... poobijana - zerknął na mnie, ale nic nie powiedział. Chyba był w dobrym humorze.
- Mamy coś nowego? - nalałam sobie kawy i upiłam łyk.
- Mhm... - przerzucił kilka teczek i podałł mi jedną z nich. - Dość paskudna sprawa i całkiem świeża. Wczoraj obok Whisky A Go Go znaleziono ciało młodej dziewczyny. Zmasakrowane. - skrzywił się i już wiedziałam, że widok nie mógł być przyjemny.
- Podejrzani? - rzuciłam, choć na dobrą sprawę mogłam o to nie pytać, bo w takich przypadkach rzadko się zdarza, by mieć kogoś na celu, jako potencjalnego zbrodniarza.
- A i owszem - powiedział z nieukrywaną w głosie dumą. Uśmiechnęłam się do siebie. Słodki idiota. - Przesłuchuje go teraz Hughes, ale pomyślałem sobie, że ty też byś chciała, więc potem jest twój. A teraz jesteś umówiona z O' Donellem w prosektorium. Sprawa jest twoja, ja tylko pomagam
- Dziękuję, uwielbiam cię - roześmiałam się i pocałowałam go w policzek, zanim wybiegłam z gabinetu. Ten dzień był całkiem miły.
Stary O' Donell był niesamowitą zrzędą. Ciężko z nim było wytrzymać dłużej niż pół godziny, mimo tego, całkiem go lubiłam. Chyba z wzajemnością. Jego królestwo znajdowało się w podziemiach i w jego ręce trafiały ofiary szczególnie brutalnych morderstw. Uchyliłam lekko drzwi prosektorium. Mężczyzna pracował przy biurku i chyba mnie nie zauważył. Weszłam więc i mocno trzasnęłam drzwiami.
- Orientuj się, bo ci dziecko podrzucą - rzuciłam z uśmiechem i przysiadłam na krześle. Uniósł oczy i zmierzył mnie wzrokiem. Ubrany był w biały fartuch, na dłoniach miał gumowe rękawiczki. Siwe włosy wcale nie dodawały mu starości, a powiedziałabym, że dumy i powagi. Liczył sobie już około sześćdziesięciu lat, na które wcale nie wyglądał. Miał głęboki, dodający otuchy głos.
- Nie tak głośno, bo trupa obudzisz - mruknął i oboje się roześmialiśmy. - Na co wpadłaś? - spytał, taksując mą twarz, spod okularów.
- Harley wpadł w poślizg, to nie moja wina - skłamałam gładko i wstałam. - Ruszaj swój stary tyłek, bo jeszcze mam podejrzanego do przesłuchania. Podniósł się i pokuśtykał do stołu, na którym, przykryte białą powłoką, leżało ciało. Podążyłam za nim i uchyliłam lekko materiał. Przed sobą widziałam zamarłe w przerażeniu oczy młodej, całkiem ładnej dziewczyny. Miała przed sobą całe życie...
- Przez co zginęła? - wyszeptałam, wpatrzona w jej twarz. O' Donnel ściągnął z niej tkaninę, a mi żołądek podjechał do gardła. Zmasakrowane... to było za słabe słowo. Skóra na jej brzuchu, nogach i rękach była pocięta, poszarpana, a w kilku miejscach nawet jej nie było. Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.
- Straciła mnóstwo krwi, do tego dochodzą obrażenia wewnętrzne i... - odchylił jej głowę, by ukazać znak na jej szyi. - Krzyż. Skurwysyn wyciął jej krzyż, przecinając tętnicę.
- Wiesz, czym... czym ten jej to zrobił? - wydusiłam, siląc się na spokój.
- Narzędzia zbrodni nie znaleziono, ale rany są charakterystyczne dla wojskowego noża. Typ Ka-Bar TDI Law. Tylko wojskowi mają dostęp do takiego sprzętu.
- Hmmm... seryjny morderca? - spytałam cicho, przyglądając się nagiemu ciału dziewczyny.
- Możliwe. Ale to pierwsza ofiara. To pewnie zbrodnia na tle narodowym. W końcu dziewczyna była okryta flagą USA. Próbujemy ustalić jej tożsamość.
- Znaleziono coś przy niej? To znaczy... coś co nie należało do niej. Włos, naskórek pod paznokciami.
- Nie, to dziwne, ale była sterylnie czysta. Tak jakby ją skądś przywiózł.
- Żadnych śladów?
- Żadnych. Nie rób ze mnie idioty. Wiem o co ci chodzi. Facet, albo kobieta, torturował ją około 8-9 godzin. Całe jej ciało, wykluczając twarz, było szatkowane wojskowym nożem. Później została oczyszczona z krwi. Na żywca, obmywał jej rany spirytusem. A potem przeciął tętnicę. Owinął w flagę i zostawił przy knajpie. To się totalnie nie trzyma kupy.
- Wiem - mruknęłam. - Chciał, żebyśmy ją znaleźli... zostając przy tym nieuchwytnym. W tych godzinach wszyscy siedzą w Whisky. Nikt nie kręci się w zaułkach...
- Kashmir, złap go. To się nie może powtórzyć.
- Wiem o tym, James - rzuciłam i wybiegłam z sali. Jak popierdolonym trzeba być, by zrobić coś takiego młodej dziewczynie? Przysięgam, że jak znajdę tego zwyrodnialca to...
- Hmmm... seryjny morderca? - spytałam cicho, przyglądając się nagiemu ciału dziewczyny.
- Możliwe. Ale to pierwsza ofiara. To pewnie zbrodnia na tle narodowym. W końcu dziewczyna była okryta flagą USA. Próbujemy ustalić jej tożsamość.
- Znaleziono coś przy niej? To znaczy... coś co nie należało do niej. Włos, naskórek pod paznokciami.
- Nie, to dziwne, ale była sterylnie czysta. Tak jakby ją skądś przywiózł.
- Żadnych śladów?
- Żadnych. Nie rób ze mnie idioty. Wiem o co ci chodzi. Facet, albo kobieta, torturował ją około 8-9 godzin. Całe jej ciało, wykluczając twarz, było szatkowane wojskowym nożem. Później została oczyszczona z krwi. Na żywca, obmywał jej rany spirytusem. A potem przeciął tętnicę. Owinął w flagę i zostawił przy knajpie. To się totalnie nie trzyma kupy.
- Wiem - mruknęłam. - Chciał, żebyśmy ją znaleźli... zostając przy tym nieuchwytnym. W tych godzinach wszyscy siedzą w Whisky. Nikt nie kręci się w zaułkach...
- Kashmir, złap go. To się nie może powtórzyć.
- Wiem o tym, James - rzuciłam i wybiegłam z sali. Jak popierdolonym trzeba być, by zrobić coś takiego młodej dziewczynie? Przysięgam, że jak znajdę tego zwyrodnialca to...
- Detektywie Jones! - usłyszałam za sobą i odwróciłam się. Biegła do mnie Jasmine z wyraźną konsternacją wypisaną na twarzy.
- Mówiłam, już tyle razy... mówi mi Kashmir... - wydukałam.
- Dobrze, detektywie Jones. Telefon do pani - wyrzuciła z siebie jednym tchem.
- Kto dzwoni?
- Sixx... ten Nikki Sixx - zapiszczała, prawie podskakując. I czego się tak cieszy? Ja pierdole, z kim ja pracuję...
- Już idę - powlokłam się do telefonu, nie zważając na dziwne odgłosy wydobywające się z panny Clarke. Podniosłam słuchawkę telefonu i zostałam zasypana gradem pytań.
- Kash! Kashmir, masz wpierdol. Jezu, jak się martwiłem... Tak nagle się rozłączyłaś. Co się stało? Ktoś cię napadł? Mam mu wpierdolić? - roześmiałam się szczerze, a kiedy w końcu jego monolog się skończył, zabrałam głos:
- Nikki, wszystko jest w porządku. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i uwierz, na pewno bym zadzwoniła, po prostu teraz jestem w pracy. Kocham cię, wieczorem do ciebie przyjadę. Buziaki - odłożyłam słuchawkę, odwróciłam się i wpadłam na Jasmine, której łzy spływały po policzkach.
- Pani się przyjaźni z Sixxem...
- No tak.. i co? - trochę zdziwiło mnie jej zachowanie, nie powiem, że nie.
- Przecież to basista Motley Crue...
- Oh, no tak - palnęłam. Przyznam szczerze, czasem o tym zapominałam. Dla mnie był to po prostu Frankiem Carltonem Serafino Ferraną, moim najukochańszym pod słońcem idiotą.
- Pozna mnie z nim pani? - całą siłą woli próbowałam się nie roześmiać, widząc jej podekscytowanie i rozgorączkowane spojrzenie.
- Taaaaak... jasne... j-ja.. muszę iść... tam - posłałam jej ciepły uśmiech i jak najszybciej się oddaliłam. Rany, co za dzień. Skierowałam się ku sali przesłuchań, z której właśnie wypadł Hughes.
- Ja kurwa nie mam cierpliwości do tego pojebańca! Mam już swoje lata i nie będę się użerał z bandą idiotów! - wykrzyknął w moją stronę i wybiegł na korytarz. Co się dzieje? Stanęłam przed lustrem weneckim i ujrzałam młodego rudzielca, bawiącego się kajdankami. Cała jego postawa wyrażała wrodzoną arogancję. Eh, Kashmir, bierz się do roboty. Odebrałam dokumenty i weszłam do sali. Chłopak nawet na mnie nie spojrzał. Miło się zaczyna. Zajęłam miejsce przed nim i szybko zapoznałam się z dokumentami. Czytając jego kartotekę czułam na karku mrowienie, znaczące o tym, że mi się przygląda. Chwilę później poczułam jak policzki zaczynają mi płonąć. W końcu spojrzałam na niego. Był dość przystojny, a najbardziej na uwagę zasługiwały jego, piękne zielone oczy. Ubrany był w dżinsowe spodnie, a na nagi tors założył marynarkę.
- Nazywasz się William Bruce Bailey? - najchętniej inaczej zaczęłabym przesłuchanie, ale taka jest procedura.
- Axl Rose - wymruczał, a mi zmiękły kolana. Ten głos... ciarki przeszły po całym mym ciele. Potrzebowałam chwili, żeby zapanować nad zmysłami.
- W papierach mam, że...
- Zmieniłem - rzucił, rozglądając się po pokoju. - Ładnie tu macie. A ty jesteś piękna. Lubisz ostry seks? Bo tak wyglądasz - wzięłam głęboki oddech, siląc się na spokój. O panie, jak on niemiłosiernie mnie wkurwiał.
- Gdzie byłeś dnia 23 lipca bieżącego roku w godzinach, od 18 do 20?
- Graliśmy koncert w Whisky.
- Whisky a Go Go? - dopytywałam.
- Owszem.
- Graliś...MY? Czyli kto?
- Mój zespół. Guns n' Roses. Masz prawo nas nie kojarzyć, dopiero się rozkręcamy. Jeszcze cały świat o nas usłyszy...
- Graliś...MY? Czyli kto?
- Mój zespół. Guns n' Roses. Masz prawo nas nie kojarzyć, dopiero się rozkręcamy. Jeszcze cały świat o nas usłyszy...
- Nie wątpię. A później? Z czego co wiem, koncert trwał tylko godzinę.
- Nie pamiętam - obserwowałam go dokładnie i jego aroganckie podejście do sprawy, zaczynało mnie już trochę denerwować. Wstałam, oparłam ręce o stół i nachyliłam się nad nim.
- Posłuchaj... - wycedziłam.
- Nie, to ty posłuchaj - przerwał mi z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Czego?
- Koszula ci się rozpięła - wymruczał. - Szybka jesteś. Uwolnij mi rączki a zaraz się tobą zajmę - roześmiał się, a ja szybko odwróciłam się do chłopaka plecami i zapięłam guziki. Kurwa, coś mi nie idzie z tym przesłuchaniem. Czułam wpełzający na twarz rumieniec, ale wzięłam głęboki oddech i przystąpiłam do pracy.
- Zmieniasz temat.
- Dalej siedziałem w barze. Wypiliśmy po piwie i wróciliśmy do domu.
- Kłamiesz - rzuciłam z ironicznym uśmiechem.
- Co? Nie.. nie, serio tak było.
- Och, proszę cię, przestań. Mówiąc o tym najpierw spojrzałeś w górę, a potem w lewo. To znaczy, że pracowała wtedy lewa półkula mózgu, odpowiadająca za wyobraźnię. Czyli kłamałeś - wyjaśniłam z samozadowoleniem w głosie. To zawsze robi wrażenie.
- No, no - na ustach błąkał mu się cwaniacki uśmiech. - Coś jeszcze o mnie wiesz?
- Zastanówmy się. Cały czas rozglądasz się po sali, to znaczy, że szukasz wyjścia, myślę, że jesteś umówiony i ktoś na ciebie czeka. Od razu mówię, że nie, nie uciekniesz. Trzęsą ci się dłonie, a na nosie masz resztki kokainy, wnioskuję, że jesteś na głodzie. To pozwala mi sądzić, że miałeś się spotkać z dilerem. Ponadto, widać po Tobie, że masz kaca, a na szyi i torsie jest pełno malinek i zadrapań. Wczoraj po koncercie się upiłeś i poszedłeś na dziwki, zapominając o odebraniu od dilera czegoś mocniejszego. Wnioskując po wyglądzie twoich rąk, myślę, że chodzi o heroinę, tak? - nie bądźcie przerażeni, to po prostu wynik moich studiów, krótka obserwacja pozwala mi dowiedzieć się mnóstwa rzeczy na temat danej osoby.
- Kurwa - wyrwało się z jego ust. - Niezła jesteś.
- Nie tylko w tym... - rzuciłam, nie mogąc się powstrzymać.
- Nie wątpię - przygryzł wargę i przyglądał mi się z uśmiechem.
- Czyli mam rację? - spytałam, poprawiając włosy.
- No tak. I jak widzisz, nie mam nic wspólnego z zabójstwem. Po prostu znalazłem się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.
- Czyli?
- Przechodziłem tamtędy... Kurwa, ledwo co trzymałem się na nogach. Nawet jej nie zauważyłem, a tu podjeżdżają psy i zgarniają mnie za nic. Co za chory kraj, ja pierdole...
- Nie unoś się. Nie ma po co. Czemu Hughes wybiegł stąd jak oparzony?
- Nie mam cierpliwości do idiotów, wybacz skarbie.
- Mhm - miałam ochotę pocisnąć mu jakąś ripostą, ale nie byłam w stanie. Chłopak miał rację. Był niewinny. - Wypuszczę cię, ale zgodnie z procedurą nie możesz opuszczać stanu aż do zakończenia śledztwa.
- Super - mruknął. Chyba się coraz bardziej złościł. Wstałam i odpięłam mu kajdanki, które zrzucił na podłogę i szybko zaczął rozmasowywać nadgarstki. Wróciłam na miejsce i zaczęłam wypełniać akta.
- Do zobaczenia... detektyw Kashmir Jones - powiedział rudzielec i wyszedł z sali z uśmiechem na ustach.
- Czekaj! Skąd znasz moje imię? - krzyknęłam za nim, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Resztę dnia spędziłam w biurze, pijąc jedną kawę za drugą, bo powieki same mi opadały. Próbowałam znaleźć potencjalnych podejrzanych i ustalić tożsamość ofiary, ale nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Usilnie starałam się nie myśleć o powrocie do domu. Kurwa. Tak cholernie nie chciałam tam wracać. Około 20, zła i zmęczona, opuściłam wydział. Wyszłam z budynku na ulicę Los Angeles pachnącą wolnością i skierowałam się do samochodu. Z mieszaniną radości i smutku zobaczyłam Sixxa stojącego przy cadillacu.
- Skarbie, wybacz... zapomniałam - zupełnie wyleciało mi z głowy, że miałam do niego wpaść. Nowa sprawa i kolejna "sprzeczka" z ojcem sprawiły, że wszystko inne zeszło na dalszy tor.
- Ja pierdole... - wyszeptał ze łzami w oczach. - Jak ty wyglądasz...
Nawet nie zdążyłam się odezwać, a już poczułam jak jego silne, ciepłe ramiona mnie obejmują. Westchnęłam cicho.
- Nikki... proszę cię, daj spokój.
- To znowu on? Znowu ten skurwiel? - pytał, a w jego głosie dało się słyszeć zdenerwowanie.
- Posłuchaj... - chciałam to jakoś wyjaśnić, ale nie dał mi dojść do słowa.
- Nie, to ty posłuchaj. Pojedziesz teraz ze mną. Nie wrócisz tam, rozumiesz?
- Ja pierdole, Nikki... - odsunęłam się od niego i spojrzałam mu w oczy. - Nie mogę... nie mogę, zrozum. On mnie znajdzie...
- ZNAJDZIE I ZNOWU CIĘ POBIJE? ON JEST CHORY! - wydarł się, tracąc nad sobą panowanie.
- Boję się... - mruknęłam, licząc, że się uspokoi.
- Jedziesz ze mną.
- Nie mam gdzie mieszkać. Tam jest mój dom.
- Dom to miejsce, gdzie jesteś kochana. Ten skurwiel nie wie co to miłość - rzucił, zapalając papierosa. - Jak na razie zamieszkasz w Motley House. Chłopaki się zgodzą, na pewno - zaciągnął się i wypuścił powoli dym, który przysłonił na chwilę jego twarz. Staliśmy tak kilka minut, a ja nie miałam pojęcia co powiedzieć. Chciałam wracać jak najszybciej, zanim Andrew się wkurwi, a jednocześnie miałam ochotę zostać tutaj. W Mieście Aniołów, o którym śniłam.
- Dobrze... zostanę - wyszeptałam w końcu i przytuliłam się do chłopaka. Miałam wrażenie, że na pewno pożałuję decyzji, ale nie to się teraz liczyło. On miał rację. Nie mogę dać sobą pomiatać, nie jestem czyjąś własnością.
Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca. Nie miałam pojęcia, że ktoś mnie obserwuje.
- Czyli?
- Przechodziłem tamtędy... Kurwa, ledwo co trzymałem się na nogach. Nawet jej nie zauważyłem, a tu podjeżdżają psy i zgarniają mnie za nic. Co za chory kraj, ja pierdole...
- Nie unoś się. Nie ma po co. Czemu Hughes wybiegł stąd jak oparzony?
- Nie mam cierpliwości do idiotów, wybacz skarbie.
- Mhm - miałam ochotę pocisnąć mu jakąś ripostą, ale nie byłam w stanie. Chłopak miał rację. Był niewinny. - Wypuszczę cię, ale zgodnie z procedurą nie możesz opuszczać stanu aż do zakończenia śledztwa.
- Super - mruknął. Chyba się coraz bardziej złościł. Wstałam i odpięłam mu kajdanki, które zrzucił na podłogę i szybko zaczął rozmasowywać nadgarstki. Wróciłam na miejsce i zaczęłam wypełniać akta.
- Do zobaczenia... detektyw Kashmir Jones - powiedział rudzielec i wyszedł z sali z uśmiechem na ustach.
- Czekaj! Skąd znasz moje imię? - krzyknęłam za nim, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Resztę dnia spędziłam w biurze, pijąc jedną kawę za drugą, bo powieki same mi opadały. Próbowałam znaleźć potencjalnych podejrzanych i ustalić tożsamość ofiary, ale nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Usilnie starałam się nie myśleć o powrocie do domu. Kurwa. Tak cholernie nie chciałam tam wracać. Około 20, zła i zmęczona, opuściłam wydział. Wyszłam z budynku na ulicę Los Angeles pachnącą wolnością i skierowałam się do samochodu. Z mieszaniną radości i smutku zobaczyłam Sixxa stojącego przy cadillacu.
- Skarbie, wybacz... zapomniałam - zupełnie wyleciało mi z głowy, że miałam do niego wpaść. Nowa sprawa i kolejna "sprzeczka" z ojcem sprawiły, że wszystko inne zeszło na dalszy tor.
- Ja pierdole... - wyszeptał ze łzami w oczach. - Jak ty wyglądasz...
Nawet nie zdążyłam się odezwać, a już poczułam jak jego silne, ciepłe ramiona mnie obejmują. Westchnęłam cicho.
- Nikki... proszę cię, daj spokój.
- To znowu on? Znowu ten skurwiel? - pytał, a w jego głosie dało się słyszeć zdenerwowanie.
- Posłuchaj... - chciałam to jakoś wyjaśnić, ale nie dał mi dojść do słowa.
- Nie, to ty posłuchaj. Pojedziesz teraz ze mną. Nie wrócisz tam, rozumiesz?
- Ja pierdole, Nikki... - odsunęłam się od niego i spojrzałam mu w oczy. - Nie mogę... nie mogę, zrozum. On mnie znajdzie...
- ZNAJDZIE I ZNOWU CIĘ POBIJE? ON JEST CHORY! - wydarł się, tracąc nad sobą panowanie.
- Boję się... - mruknęłam, licząc, że się uspokoi.
- Jedziesz ze mną.
- Nie mam gdzie mieszkać. Tam jest mój dom.
- Dom to miejsce, gdzie jesteś kochana. Ten skurwiel nie wie co to miłość - rzucił, zapalając papierosa. - Jak na razie zamieszkasz w Motley House. Chłopaki się zgodzą, na pewno - zaciągnął się i wypuścił powoli dym, który przysłonił na chwilę jego twarz. Staliśmy tak kilka minut, a ja nie miałam pojęcia co powiedzieć. Chciałam wracać jak najszybciej, zanim Andrew się wkurwi, a jednocześnie miałam ochotę zostać tutaj. W Mieście Aniołów, o którym śniłam.
- Dobrze... zostanę - wyszeptałam w końcu i przytuliłam się do chłopaka. Miałam wrażenie, że na pewno pożałuję decyzji, ale nie to się teraz liczyło. On miał rację. Nie mogę dać sobą pomiatać, nie jestem czyjąś własnością.
Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca. Nie miałam pojęcia, że ktoś mnie obserwuje.
------------------
I jest drugi odcinek.
Całkiem mi się podoba (ah, to samouwielbienie), ale można byłoby coś poprawić (lubię też pomarudzić).
Komentujcie szybko, bo to dopiero 2 rozdział a ja już mam ułożony zajebisty koniec!
I 3 część też jest niczego sobie...
Wspaniałe. Po prostu wspaniałe.
OdpowiedzUsuńStrasznie podoba mi się pomysł z pracą na wydziale zabójstw. Dzięki temu wszystko nabiera pewnej magii.
Czekam na więcej c:
Cudowne! Kurde chce więce jezu
OdpowiedzUsuńTo mnie tak wciągnęło borze
Kto ją obserwował?!
A kto zabił tą dziewczyne?
Jezu Klaudia kocham Cie, ale pisz szybko bo wpierdol.
Matko! Dziewczyno to jest genialne! Bardzo podoba mi się ten wątek z pracą i z ojcem. Oryginalna fabuła. Po prostu mistrzostwo! Życzę dużo weny. :) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńNiesamowite! Chcę już kolejny odcinek. ;-;
OdpowiedzUsuńCzytałam i nie mogłam się oderwać. Jedyne co mi przeszkadzało w tym odcinku to zbyt częste używanie wulgaryzmów, ale tak to jest cudnie.
No nic. Czekam na następny. :)
Pozdrawiam.
To jest przecudowne! Ten wątek związany z zabójstwem dziewczyny pasuje mi do całego tego opowiadania. Świetne! Intryguje mnie czy pani detektyw spotka jeszcze wielmożnego pana Rose?
OdpowiedzUsuńOh to na pewno..A kto zamordował tę dziewczynę? To też mnie ciekawi.
Klaudia. Ostatnio tak mało jest opowiadań, które na prawdę potrafią mnie wciągnąć, ale twoje zaciekawiło mnie od razu! Z resztą jak napisałaś wtedy na HMDA, żeby masz blog i potrzebujesz pomocy to czułam, że to będzie po prostu zajebiste! No i nie pomyliłam się. Świetne :)
Ahh i jeszcze troskliwy Sixx do tego wszystkiego!
Czekam na więcej i życzę dużo weny :)
ahh bardzo mi się podoba! szkoda mi Kashmir. jej ojciec to po prostu skurwysyn. a Nikki jest taki uroczy normalnie tylko przytulić. czekam na kolejny rozdział!
OdpowiedzUsuńMartyna
Ta... super, pięknie, fajnie ale tam jest zegar 12- godzinny, perfekcyjna już nie taka perfekcyjna, KA BUM FRAJERZE
OdpowiedzUsuńCiekawe któż to zabił tę jakże nieszczęsną dziewczynę? Hym, hym, któż to może wiedzieć XD
OdpowiedzUsuńZajebiste! *3* I w ogóle propsy za oryginalność :D Wydział zabójstw, no, no.. Uwielbiam kryminały, także moje serducho tym opowiadaniem już zdobyłaś. A Kash ma okropnie ciekawą osobowość, więc i za to masz u mnie dużego plusa. Ach, no i pojawił się pan Rose! Rozpieszczasz mnie XDDD
OdpowiedzUsuń